nie było... umówiłam się z Jolą na wymianę. Ona dla mnie miała zrobić piękną haftowaną poduszkę, a ja dla niej księgę gości strychowych. Poduszkę dostałam w nieprzyzwoicie (:p) szybkim tempie, a księga w mojej głowie nie powstawała... wena mi odmówiła pomysłów...
Dopiero w lipcu, po powrocie z cudownego i gorącego urlopu, usiadłam
z determinacją do stołu, bo czas mi się skurczył do "już" - pewnie to znacie...
i zrobiłam ją w ciągu jednego dnia... Umysł wypoczęty, więc bardziej twórczy :-)
Pomysł na rupiecie strychowe przyszedł sam... doszukacie się rozlatującego manekina, starego aparatu fotograficznego, guzików, starego zdjęcia itd.
Drzewo po prostu musiało być... nieodparcie kojarzy mi się ze strychem...
gałęzie zaglądające przez okno...
Oczywiście czajnik i filiżanki to atrybut gościnności.
Wszystko przypruszyłam mgiełką, jak stuletnim kurzem...
Właścicielka księgę przechwyciła i pojechała wypoczywać oraz przyjmować gości na swoim ukochanym strychu :-)
"Księga gości strych i owych"
Miłego oglądania :-)







